Opracowujemy wszelkie zarejestrowane utwory audiowizualne, w tym: filmy, programy telewizyjne, spektakle teatralne i nagrania zamieszczane na stronach internetowych.
„Potrzebuję nowy telefon” – oznajmił bohater programu telewizyjnego, do którego opracowałam napisy. Bohaterka innego wyznała, że „od lat używa ten krem”. Niestety nie oni jedni nie zdają sobie sprawy, że bardzo potrzebują i powinni częściej używać (kogo? czego?) słownika…
Skąd ta powszechna niechęć do dopełniacza? Niby dlaczego biernik lepszy…?
Będziemy się chwalić i dzielić satysfakcją, jakiej nam dostarczyły nasze ostatnie wyzwania audiodeskrypcyjno-teatralne. W tym – radością pisania…jakoby Fredro didaskalia pisał.
Fredro oczywiście didaskalia pisał, ale w audiodeskrypcji nie udało się ich wykorzystać. Kto pisał AD, ten wie… jak trudno zmieścić zdanie, choć połowę zdania, gdy miejsca brak nawet na słówko, czas wciąż nas pogania…
A jeśli chcemy, by tekst… współbrzmiał i tętnił, grał i pulsował, bawił, gdy aktorowie samą swoją fizjonomią uciechę dają…
Gdy już się zacznie, trudno przestać. Spróbowałam jednak przetłumaczyć fragmencik. Napisać to samo, ale…
Jest:
W ogrodzie Aniela słyszy tajemny sygnał. Wytęża wzrok. Porucznik biegnie co sił w stronę, skąd dobiega pohukiwanie. Aniela wyciąga szyję, wypatruje… Dostrzega coś śród zieleni… Biała postać mknie przez łąkę na spotkanie Porucznika. To Zosia… Wyciąga ku niemu dłonie.
A gdyby tak:
W ogrodzie. Aniela słyszy dziwny dźwięk. Rozgląda się. Porucznik biegnie szybko w stronę dźwięku. Aniela zauważa coś między krzewami. Ktoś ubrany na biało biegnie do Porucznika. To Zosia… Wyciąga do niego ręce.
Nieee…
A jeśli radość współtworzenie czuje też lektor… Rezultat przedni. Podziękowania dla Pana Macieja Orłowskiego.
…i autora obecnego na nagraniu – wielka jest. Co muszę stwierdzić jako autorka, żałując, że nie mam odpowiednich warunków głosowych i/lub pewności siebie, która pozwala nie przejmować się warunkami. A było tak…
W celach naukowych i publicystycznych postanowiłam przypomnieć sobie dawne, dawne dzieje i teksty, żeby się zainspirować, być może napisać coś o audiodeskrypcji dla dzieci. I cóż? Zdumienie! Pewna firma postanowiła powtórnie nagrać coś, co było – jak mi się wydawało – nieźle nagrane.
Bez nazwisk i bez tytułów. Kto wie, ten się domyśli. 🙂 Wyjęłam tekst, porównuję… Miejscami lepiej, dokładniej, przyznaję… Po tylu latach też bym poprawiła. I to o wiele gruntowniej! Ale i tak uważam, że poprzednia wersja była lepsza. W tej nowej:
– Częste zjawisko „podajeodbiera” (odsyłam do tekstu „Portki Chopina”, poniżej) – jeśli chcemy słuchacza zainteresować, to grzech wielki;
– Zamiast lektora z uśmiechem w głosie – głos z horroru;
– Zamiast budowania napięcia – obojętność.
Wnioski:
Koniec wieńczy dzieło, najlepszy tekst można zepsuć nagraniem, słabszy tekst można nagraniem ubarwić;
Zainteresowanie słuchacza – to podstawowe zadanie audiodeskrypcji dla dzieci;
Wzbudzenie sympatii słuchacza – jak wyżej!
Ułatwienie zrozumienia fabuły – jak wyżej!
A jak to zrobić – mając do dyspozycji środki literackie i dobrego lektora – o tym stopniowo, Drogie Dzieci. Ciąg dalszy nastąpi 🙂
A teraz powtórzmy tytułowe pytanie: Dlaczego teledysk z audiodeskrypcją zachwyca (nie wierzę, że kogoś nie zachwycił), choć nie powinien (bo audiodeskrypcja jest w sposób oczywisty subiektywna i bardzo dobrze!!!) – tutaj gramatycznie niezbędny znak zapytania – ? Ale pytanie czysto retoryczne. Oczywiście zdaniem autorki. A oto odpowiedź:
Bo ta audiodeskrypcja jest znakomitym, przemyślanym utworem. W świetle prawa autorskiego – dziełem zależnym (o tym kiedyś, osobno), ale niezależnie od tego jest utworem, którego treść i forma łączą się nierozerwalnie i naturalnie. Treść to intencja autora, forma – to realizacja. Zauważmy, że – aby powstał utwór – autor musi mieć coś do powiedzenia, a potem skutecznie i konsekwentnie zrealizować swoją koncepcję.
Autor chce przekazać, że wyczyny sportowców budzą zachwyt, podziw, szacunek, chwilami niedowierzanie. Czy można, oglądając ten teledysk, ani przez moment nie odczuwać jednego z powyższych? Czy można opisać i opowiedzieć treść teledysku, nie przekazując, że to, co oglądamy, zadziwia, zachwyca, budzi podziw i radość?
Żeby sobie uzmysłowić, jak bardzo nie można, wyobraźmy sobie przeciwieństwo tej audiodeskrypcji:
– Zamiast śmiechu, radości i podziwu w głosie – beznamiętność, głos wyprany z emocji;
– Zamiast informacji „imponujący skok” – obiektywny komunikat: „przeskakuje poprzeczkę” albo „pokonuje wysokość” (nie wiem) być może 180 cm;
– Zamiast żartobliwego okrzyku „auć” – nic.
Nuuuda…
Na szczęście mamy:
tekst spontanicznie subiektywny,
nieprzeładowany, dla uzyskania płynności i optymalnego tempa, pomijający niektóre kadry,
zgrabnie wykorzystujący dźwięki teledysku…
komentujący je i wplatający się ze swoim osobistym okrzykiem,
reportersko podający dodatkowe informacje, czyli nazwiska niektórych sportowców.
Ten tekst lektor odczytał ze zrozumieniem, co oznacza właściwy dobór środków lektorskich, a nawet – nie bójmy się tego słowa – aktorskich. Oczywiście lektor powinien nimi dysponować, a co to znaczy – to też osobny temat.
To samo można powiedzieć o kongenialnej wersji w języku migowym!
„Gdziesie” strasznie się plenią jako podpórki językowe, mniej elegancko nazywane językowymi śmieciami – kto wie, czy nie wygrały już z „jakby”. Właśnie natknęłam się na zdanie: „To była najtrudniejsza kwestia – gdzieś uspokoić głowę” ( i bynajmniej nie chodziło o miejsce dogodne do opanowania emocji).
Jakby gdziesie
Na szczęście robiąc napisy, zazwyczaj można uprzątać takie śmieci z czystym sumieniem, bo z braku czasu i tak trzeba skracać tekst. Gorzej gdy zaśmiecona wypowiedź jest w dodatku rozwlekła…
A czasem kłapy a napisy. Informacja dla cywili – kłapy to ruch ust. Nawet jeśli na co dzień nie czytamy z ruchu ust, zdarza się, że nie mamy wątpliwości, jakie słowa właśnie wypowiada bohater filmu.
Czasem – podkreśla słowa gestem, mówi dobitnie, wolno, podkreśla słowa… Drodzy napisowcy, toż to okazja, by wykazać się – nie bójmy się tego słowa – artyzmem! No, dobrze. Niech będzie, że tylko rzetelnością. Ale jaki rezultat! Prawda czasu i prawda ekranu. Dosłowna! Wszystko się zgadza i jest na swoim miejscu.
Tych słów nie wolno pominąć. Nie można zmienić. I nie można ich przesunąć. A jeśli to z jakiegoś powodu trudne, trudno – nikt nie obiecywał, że będzie łatwo.
Na załączonym ruchomym obrazku znakomity autor mówi słowa, które widzimy w postaci napisów. Oba słowa podkreśla ruchem ręki, raz jednej, raz drugiej.
No, i pięknie.
A poza tym – zapraszamy do oglądania, słuchania i czytania nowych programów nieocenionego Bogusława Wołoszańskiego.
Najzwięźlejsza definicja audiodeskrypcji to: przekład obrazu na słowo. Jednak w przypadku utworów audiowizualnych to nie zawsze przekład dosłowny (przy założeniu, że celem nadrzędnym jest oddanie SENSU), a już w przypadku kreskówek o szybkiej akcji, z lawiną surrealistycznych zdarzeń i zjawisk – wręcz nieczęsty. Tym bardziej cieszy, gdy się uda 🙂
A udało się na przykład w scenie kąpieli nieszczęsnego lisa w myjni samochodowej. Po torturach zadanych bohaterowi przez szczotkę gigant, suszy go ogromna suszarka, która „dmucha powietrzem gorącym jak ogień”, co ilustrują buchające płomienie.
W poczuciu misji, pomna edukacyjnej roli napisów do filmów, szczerze się ucieszyłam, że znów mam okazję zamieścić ten pełen emocji okrzyk bohatera.
Świadomość jego poprawnej pisowni jest rzadkością, o czym wielokrotnie się przekonałyśmy, bo prowadząc warsztaty z napisów, proponujemy żartobliwy przerywnik w postaci minidyktanda, w którym występuje podobna forma: „niechżeż”. (Potencjalnych uczestników kolejnych warsztatów chcę uspokoić – zabawa jest dobrowolna, a dyktando naprawdę mini: jednozdaniowe J).